01 02 phoca_thumb_l_04

Msze święte w kaplicy


W dni powszednie
godz. 6.30
 
W niedzielę i uroczystości
godz. 10.00
 

...

Odwiedza nas 19 gości oraz 0 użytkowników.

Klasztor w Brwinowie

dom1Początkowo trudno było znaleźć odpowiednie miejsce na fundację. W końcu natrafiono na ogłoszenie w prasie o możliwości kupienia jednorodzinnego domku z dużym ogrodem w Brwinowie pod Warszawą. Było to w 1976r. Po obejrzeniu posesji siostry zdecydowały, że będzie to odpowiednie miejsce na budowę klasztoru, zwłaszcza ze względu na rzeczywiście duży ogród, tak konieczny w życiu klauzurowym, oraz na bliskość braci Kapucynów i związaną z tym możliwość duchowej opieki z ich strony. W tamtych czasach jednak budowa klasztoru nie była sprawą łatwą, nie tylko ze względu na duże koszty, znacznie przerastające możliwości sióstr, ale przede wszystkim ze względu na politykę ówczesnych władz, którym wcale nie zależało na powstawaniu nowych miejsc kultu, zwłaszcza tego rodzaju. Umowę o kupnie musiały więc podpisać dwie siostry występujące jako prywatne osoby. Siostry, które przyjeżdżały na fundację (skład początkowo często się zmieniał) musiały chodzić po świecku, a o jej zapoczątkowaniu nie wiedział nawet proboszcz parafii. Mimo to siostry starały się prowadzić w miarę normalne życie zakonne co stwarzało czasem bardzo trudne lub zabawne sytuacje. W tych warunkach nie można było oczywiście myśleć o budowie klasztoru. Dom był na tyle duży, że na dwie samotne panie wystarczał aż nadto. Trzeba więc było niemało sprytu, by uzyskać pozwolenie na choć niewielkie jego powiększenie. Udało się, ale problemy finansowe i materiałowe jakie wtedy istniały wydawały się nie do pokonania. Brakowało również ekip budowlanych. Siostry jednak ufały Opatrzności Bożej i nie zawiodły się. Same przy tym były bardzo ofiarne i z całym poświęceniem oddane sprawie zbudowania tego klasztoru. Wystarczy tylko wspomnieć, że we trzy w przeciągu dwóch dni musiały łopatami wykopać fundament pod nową część domu. Po tej pracy były zupełnie wyczerpane, a jednak następnego dnia pojechały do Warszawy na spotkanie z Ojcem Świętym, który wtedy po raz pierwszy odwiedził swą Ojczyznę. U sióstr Wizytek mogły wtedy przebrać się w habity.

Opieki Bożej doświadczały dosłownie na co dzień. Ówczesna Przełożona, s. Beata, wspominała, że nigdy nie liczyła pieniędzy, a kiedy przychodziło za coś zapłacić zawsze znajdowało się tyle ile było trzeba. Oczywiście Pan Bóg posługiwał się w tym ludźmi: siostrom pomagali Bracia Kapucyni, nie tylko finansowo ale też w wakacje przyjeżdżali klerycy, by fizycznie pomóc w budowie, rodziny, które również w miarę swych możliwości angażowały się w to dzieło (w tak licznej rodzinie znajdzie się wielu fachowców), a także wielu innych życzliwych ludzi. Zdarzały się również i takie „kwiatki”: kiedyś zabrakło piachu. Następnego dnia nie było już z czego robić zaprawy. A tu z samego rana dzwonek do bramy – kierowca ciężarówki widząc budowę pytał czy nie chciałyby piasku – nastąpiło jakieś nieporozumienie, okazało się że ten do kogo miał go zawieść nie zamawiał, a kierowcy szkoda było wieźć z powrotem.

Dzięki tak widomej opiece Bożej, ofiarności samych sióstr bardzo ciężko pracujących na każdym etapie budowy, dzięki pomocy ludzi dom szybko rósł, ale wciąż był to dom świecki. Niemało refleksu i sprytu wymagało ukrywanie rzeczywistego celu jego budowania. Trzeba było odpowiadać na pytania robotników i innych osób dziwiących się tak dużej liczbie maleńkich pokoików (przyszłych cel), osób dziwiących się wspólnym mieszkaniem pod jednym dachem średnio pięciu panien, z których większość co prawda była bardzo młoda, ale i tak wyglądało to podejrzanie. Na szczęście niemal od początku zamieszkał z nimi znajomy ksiądz misjonarz Aleksander Gubała, zwany przez nie „wujkiem”. Wśród sióstr była też jedna, którą ostatecznie możnaby uznać za jego żonę. Nazywano ją więc „ciocią”. Przełożoną, którą w klasztorze nazywa się Matką nazywały „mateczką” lub „mamą”. W ten sposób udało się stworzyć pozory rodzinności. Sytuacja ta powodowała mnóstwo zabawnych sytuacji, zwłaszcza kiedy sąsiadki chciały swatać młodsze siostry.

dom2Obecność księdza bardzo pomogła siostrom prowadzić normalne życie sakramentalne. Przy tak ciężkiej pracy i dużej odległości chodzenie do parafii było trudne. A i tak zwracało uwagę, kiedy ksiądz wyjeżdżał – wszystkie takie pobożne, że codziennie muszą na Mszę chodzić? Trzeba było jednak uważać, by żaden z robotników lub niewtajemniczonych gości nie odnalazł paramentów liturgicznych, no i nie naszedł ich w czasie sprawowania Eucharystii, co w małym domku, kiedy robotnicy nocowali na miejscu, było bardzo trudne. Siostry starały się też odmawiać wspólnie Liturgię Godzin, czyli brewiarz, choć nie w takim wymiarze jak w normalnych warunkach klasztornych. Z tym też musiały się kryć. Z modlitwą prywatną nie było już tych problemów, choć tu bardziej doskwierał brak czasu i przemęczenie. Mimo tych uciążliwości, ciągłego niepokoju, że może się wydać, mimo zmęczenia zachowywały dobry humor i radość życia, bo – jak mówią – wiedziały po co to wszystko.

Sierpniowe porozumienie między Rządem i Solidarnością w 1980r. dawało duże nadzieje na unormowanie sytuacji w kraju i przywrócenie pełnej swobody Kościołowi. Siostry postanowiły skorzystać z tej sytuacji. Na Pasterkę po raz pierwszy włożyły habity i odtąd już ich nie zdjęły. Zgłosiły oficjalną prośbę o pozwolenie na budowę publicznej kaplicy i klasztoru. Odtąd dokumentacja przeszła do Urzędu ds. wyznań. Trudności jednak się nie skończyły. Mimo stwarzanych pozorów wolności Rząd jak tylko mógł utrudniał Kościołowi działalność. Siostry musiały walczyć niemal o każdy metr kwadratowy. Wymagało to cierpliwego, wytrwałego jeżdżenia do Warszawy i prowadzenia wciąż jednakowych rozmów z urzędnikami. Pozwolono na zbudowanie jedynie bardzo niskiej i małej kaplicy. Siostry zrobiły jednak solidne fundamenty, by w przyszłości można ją było podnieść i powiększyć. Później okazało się, że zgodnie z prawem, powinna być bardziej oddalona od muru. Dlatego trzeba było budować od początku, a że okoliczności były już bardziej sprzyjające (1984r.) można było zaprojektować ją zgodnie z potrzebami. Poprzedni budynek pozostał w stanie surowym i służył jako skład. Dopiero w 2000r. został przerobiony na pokoje gościnne.

charyzmat1Dużym problemem okazało się zbudowanie kilku cel i korytarza łączącego wcześniej postawiony budynek klasztorny z kaplicą. Nie pomagały żadne tłumaczenia: że siostry wstają w nocy na Godzinę Czytań, jak więc będą, zwłaszcza w zimie, przechodzić do chóru?, że cel jest tylko 10 więc zdecydowanie za mało itp. s. Beata znów cierpliwie wydeptywała ścieżki do Urzędu. 20. 10. 1984r. pojechała tam jak zwykle, nie licząc na załatwienie sprawy. Zauważyła wśród funkcjonariuszy jakieś dziwne napięcie. Urzędnik, który wcześniej o niczym nie chciał słyszeć na sam jej widok krzyknął: róbcie sobie co chcecie! Była tym tak zaskoczona i uradowana, że nawet nie wzięła od niego żadnego dokumentu z pozwoleniem tylko czym prędzej stamtąd uciekła, żeby nie zdążył zmienić zdania. Dopiero później dowiedziała się, że przyczyną tego dziwnego zachowania była wiadomość o porwaniu ks. Jerzego Popiełuszki.

Takie stopniowe dobudowywanie i przerabianie budynków niekorzystnie wpłynęły na kształt i funkcjonalność domu, ale najważniejsze, że udało się doprowadzić budowę do końca. Poświęcenia kaplicy i zamknięcia klauzury dokonał Prymas Polski, kard. Józef Glemp 9. 02. 1987r. W międzyczasie przybywały nowe siostry tak że mimo trwających jeszcze prac wykończeniowych życie klasztorne stopniowo się normowało, tak by spełniać swe zadanie: własnym oddaniem Bogu przyczyniać się do wzrostu świętości Kościoła, „wspierać słabe i upadające jego członki” (św. Klara), zwyciężać zło i jego Sprawcę, modlić się i uwielbiać Boga w imieniu całego Kościoła i wszystkich ludzi.

Jeszcze długo przed zamknięciem klauzury siostry nawiązały kontakt z kapucynkami w Czechach i na Słowacji, które akurat w tym czasie tworzyły Zakon na tych ziemiach, w okolicznościach bez porównania trudniejszych niż w Polsce. Tam nie mogły nawet mieszkać razem, nie wszystkie nawet się znały, pracowały zarobkowo i mieszkały w prywatnych mieszkaniach. Formację prowadził nieformalny prowincjał kapucynów. Siostry te od czasu do czasu przyjeżdżały do Polski w charakterze turystek, aby przynajmniej przez tydzień lub miesiąc zakosztować życia klasztornego we wspólnocie. Przyjeżdżały jeszcze i wtedy gdy już mogły tam legalnie budować klasztory. Siostry ze Słowacji do momentu erekcji ich klasztoru przysyłały do Brwinowa swoje młode siostry na kanoniczny nowicjat.

Books!